Strony

niedziela, 10 listopada 2013

wtorek, 30 kwietnia 2013

Zodiak - Radomsko

Wszem i wobec opisuję trzeci z hoteli, do jakiego dane mi było dotrzeć, (czwartym jest akademik - a akademik jaki jest każdy wie, nie ma co roztrząsać).
Trzecim hotelem jest "Zodiak" ***, reklamujący się na swojej stronie internetowej tymi słowami:
"Restauracja i Hotel „ZODIAK” znajdują się na obrzeżach Radomska w cichej i spokojnej okolicy. Jest to eleganckie, ale jednocześnie gościnne miejsce o rodzinnej atmosferze, w którym dobrze jest usiąść przy lampce wina i wraz z przyjaciółmi wspólnie pobiesiadować.

O gościnnej i rodzinnej atmosferze napiszę później, teraz o tym co moje oko widziało. Hotel dysponuje ładnymi, przestronnymi pokojami. Nie spotkamy tam wyrafinowanego wzornictwa, ale za cenę dwuosobowego pokoju ze śniadaniem (200 zł) nie ma się czego przyczepić. No, może kamień na armaturze mógłby być doczyszczony, ale nie jest to wielki problem. W pokoju dwa duże łóżka, biurko, telewizor, minibarek (z cenami dla desperatów), powitalna woda mineralna. Pierwsze wrażenie mogłoby być bardzo pozytywne. Łazienka wyposażona w suszarkę do włosów,  deska zdezynfekowana - cacy. W holu zestaw wypoczynkowy, stolik i stół bilardowy - oczywiście zaanektowaliśmy to miejsce jako swoje i do dnia wyjazdu nikt inny do stołu się nie dopchał, w grupie siła! Śniadanie, w cenie pokoju - urozmaicone, wędzony łosoś, racuchy, wybór owoców (melon, ananas, winogrona, pomarańcze). Dobra kawa dopełnia obrazu - porządne, smaczne śniadanie. Przypominam mizerotę z Turku, gdzie za 220 zł za pokój nie można liczyć nawet na 30% tego co oferuje hotel Zodiak.




















Wszystko cacy, jeśli się popatrzy na powyższy opis, jest tylko jedno "ale", gościnność i rodzinna atmosfera, którą reklamuje się hotel to mit nad mitami. Na parkingu, jeszcze z plecakiem na plecach i po męczącej podróży, spotkałem (chyba) Panią Kierownik, która oznajmiła nam abyśmy się zbytnio nie przyzwyczajali do pokoju, bo chyba szybko się będziemy przeprowadzać. Zatkało mnie, nie przypominam sobie aby ktokolwiek, kiedykolwiek w Polsce przywitał mnie w taki sposób. Pani (kiedy ja dzwoniłem do managera) tłumaczyła się, że nie otrzymała przelewu - przyznam, nigdy nie płaciłem za hotel z góry, może to jest normalne? korygujcie, jeśli nie mam racji. To był dopiero początek, kelnerka krzycząca z sali "co... znowu rabat chco!!!", niestosowne żarty recepcjonistki w stosunku do gości, nie uprzedzanie gości o uciążliwej imprezie trwającej do rana w hotelowej restauracji w rytmach "Jesteś szalona" to pokrótce opis "gościnności i domowej atmosfery" w hotelu Zodiak.

Hotelowy umilacz, to obrazek z kwiatkami, który doskonalę wpasowuję się w mdłą estetykę wystroju wnętrza, daję 3/5.

Chciałbym polecić wam to miejsce, bo nie drogie, ładne, smaczne. Ale nie mogę.
Omijajcie Hotel Zodiak w Radomsku szerokim łukiem.

Pozdrawiam i życzę miłego długiego weekendu.
X.Vashka


P.S. Recenzje hoteli nie są finansowane. Jest to w całości moja subiektywna opinia.

sobota, 20 kwietnia 2013

TRASA - Hotel (nie)Sława

TUREK

Turek to kolejne miejsce na trasie mojej podróży i następne miejsce noclegowe. Tym razem zatrzymałem się w Hotelu "Sława". Hotel połączony z restauracją w bliskim sąsiedztwie stacji benzynowej. Hotel legitymuje się dwoma gwiazdkami i ceną 220 zł za dwu osobowy pokój ze śniadaniem. gdzie śniadanie to 20 zł za osobę.
Śniadanie wypadło słabiutko a kolacja jeszcze gorzej. Śniadanie to szwedzki stół. Niby nic dziwnego, ale ten miał wyliczone porcje! O tym dowiedzieliśmy się, kiedy oprosiliśmy kelnera o uzupełnienie talerzy. Obsługa też nie widziała problemu w umieszczeniu w jednym podgrzewaczu kaszanki i parówek. Na marginesie - co za pomysł aby podawać na śniadanie "kaszankę z wody"? Kolacja w cenie 20 zł  to smażona kiełbasa o długości 3 cm z liściem sałaty i łyżka zasmażanej kapusty. Przybliżę kwestię dla wszystkich nie zaznajomionych z gastronomią. W wypadku tego hotelu stosunek ceny do gramażu potrawy jest porównywalny z restauracjami o dużo wyższym standardzie, o wyczuciu smaku już nie wspominam.

Pokoje urządzone bez smaku i pomysłu, ale to chyba wina projektu, bo pokój typu "wagon" jest nieustawny z zasady. Wysłużone łóżka naprawione metodą - dołóżmy na wierzch jeszcze jeden materac, to pułapka, bo człowiek w nie wpada jak w ruchome piaski i ciężko się z tej "miękkości" wygrzebać. Łazienka przeżyła już swoją świetność. Z kabiny prysznicowej wypadają plastikowe szyby, a brodzik był czarny - nie wiem czy od brudu - brałem prysznic w japonkach.

Nie wiem kto przyznaję gwiazdki, ale ta sama osoba powinna je w tym przypadku odebrać - wszystkie

Hotel "Sława" w Turku - Nie polecam!!!

Nie zamieszczam zdjęcia hotelowego umilacza, bo był to po prostu kalendarz znanej marki piwa.

 co w rankingu "hotelowych umilaczy" daje mu 0/5




P.S. Recenzje hoteli nie są finansowane. Jest to w całości moja subiektywna opinia.

TRASA - słow kilka o hotelach z niższej półki

Września.
Odgrażałem się, że obsmaruje kilka hoteli, w których będę miał okazję zatrzymać się podczas mojego pobytu w Polsce. Okazuje się jednak, że zacznę od pozytywnej opinii.
Pierwszym miastem w którym się zatrzymałem była Września. Miasto - jak miasto, godne uwagi jest jednak hobby jakie pielęgnuje młodzież płci obojga. Rynek we Wrześni jest miejscem spotkań sympatyków ruszania z piskiem i takiegoż hamowania. W filmach wygląda to efektownie - jednak stary kombiak w wiejskim tuningu plus 4 osoby na pokładzie i kierowca lansujący się na drift ridera - to raczej żenujący widok.

Tyle o mieście.
Hotel - a raczej pensjonat w którym się zatrzymałem to rodzinny biznes, dosłownie 3 minuty spacerkiem od centrum.
"Mansarda" - to miejsce o miłej atmosferze, pokoje czyste chociaż małe. Ja zatrzymałem się w "dwójce". Dwa łóżka, stolik, krzesło, telewizor, łazienka z prysznicem w pokoju. Nic nadzwyczajnego, ale cena również nie przeraża. 120 zł ze śniadaniem (za dwie osoby) czyli 60 zł na osobę w dwuosobowym pokoju.

Do dyspozycji gości jest 2 piętro i parter, właściciele mieszkają na I piętrze i są do dyspozycji w każdej chwili. Dyspozycyjność jest godna pochwały. W ogrodzie znajdziemy miejsce w którym można urządzić grilla lub po prostu usiąść pod altanką relaksując się po ciężkim dniu.

Śniadanie - podane w sali jadalnej na parterze, kawa w stylowych filiżankach, wędliny, biała kiełbaska, sery, kremy kanapkowe, pomidorek, ogóreczek. Do tego jogurty, ryż na słodko i pudding. To wszystko w cenie 10 zł za osobę. Specjalnie zwracam uwagę na cenę i propozycję śniadaniową, ponieważ następne miejsce w którym się zatrzymałem już nie było tak miło, ale o tym później.

Podsumowując - polecam "Pensjonat Mansarda" i przekonuje się do pobytu w pensjonatach.



W kategorii hotelowych umilaczy oka, tak sobie, daje 2 na 5.












Niestety cacuszek designu z lat 70 nie zauważyłem, będę szukał dalej.

Pozdrawiam
X. Vashka 




P.S. Recenzje hoteli nie są finansowane. Jest to w całości moja subiektywna opinia.

piątek, 12 kwietnia 2013

O Bułgarskich frikach czyli kawa, paznokcie, klepsydry i karbowane włosy. KAWA.

Bułgaria jak każdy kraj, ma swoją magię którą przyciąga turystów i pozwala żyć "swoim" w unikalnym miejscu które jest inne niż każde pozostałe miejsce na ziemi. Bułgaria ma również swoje dziwactwa. Dzisiaj o Bułgarskich dziwactwach subiektywnie okiem Polaka.


Kawa 


Gdyby nie dźwięki języka na ulicy, oraz krajobraz to można by było śmiało powiedzieć - Jestem we Włoszech (z punktu widzenia kawopijców).

Kawę pija wszędzie i o każdej porze. Małą czarna można kupić wszędzie. Restauracje, kafeterie, bary - to oczywiste. Ale również kioski z gazetami, sklepy spożywcze i second handy oferują kawunie, i to nie byle lurę, ale profesjonalne espresso z ekspresu ciśnieniowego często ze świeżo mielonych ziaren. Lury z automatu można się napić wszędzie tam gdzie nie ma miejsc wymienionych powyżej. Ceny, bardzo znośne - świeżo parzona z kiosku na dworcu 1 PLN.




Na zdjęciu automat do kawy w drodze na przystanek kolejowy
Pernik Daskalovo


Jeśli ktoś znajdzie dziwniejszą lokalizację automatu do kawy to chętnie opublikuję. 
To co małą czarną ?


środa, 10 kwietnia 2013

W trasę !

Stało się, po raz kolejny ruszam w trasę, co dla freelancera jest dość ważne z kilku powodów.
Po raz, będę zarabiał pieniądze.
Po dwa, będę w trasie (prawie jak rokendrolowiec).
Po trzy będę się bujał po hotelach.
I z tym trzecim, związany jest ten tekst.
W blogosferze ostatnimi czasy modne są wszelkiego typu recenzje - restauracje, hotele, gadżety, moda. Ocenianie restauracji i hoteli jest świadectwem dostatku, bo aby opisać dobrą knajpę, to trzeba tam zjeść a **** hotel - zostać na noc. Jedno i drugie wiąże się z grubym portfelem. Dzięki mojej "trasie" za hotele i papu zapłaci klient dla którego będę pracował. Będę miał dzięki temu okazję do zrecenzowania 10 hoteli które będą moim domem do końca maja. Mam nadzieję, że te recenzję pomogą wam w przyszłości  wybrać miejsce na nocleg. Co będzie "nowatorskiego" w mojej recenzji ? Będą to hotele "budżetowe", takie w których raczej liczymy dni do końca pobytu niż relaksujemy się w jacuzzi. Więc będę pisał pod wpływem stresu. Jednak postaram się być obiektywny (ostatnie zdanie jest kłamstwem) oraz życzliwym dla obsługi (to też jest kłamstwo).
Aha, zapomniałbym - trasa jest w Polsce.

Teraz kwestia kategorii, póki co mam jedną
"Hotelowe umilacze oka"  - w tej kategorii będę umieszczał zdjęcia obrazów, reprodukcji, grafiki, sztuczne kwiaty, wszystko co ma w teorii umilić nam pobyt w pokoju ze względów estetycznych , ale tego nie robi.

oto przykład z poprzednich wojaży 



Co powiecie o hotelu z takim wystrojem pokoju ?
Macie pomysły na inne kategorie (nietypowe )do recenzji ?
Piszcie

Pozdrawiam
Vashka

sobota, 23 marca 2013

Dla najmłodszych...

Lat temu nie pamiętam ile, Pan Ochocki dał zadanie. Napiszcie opowiadanie pod tytułem "Jak wyginęły Gżdacze" Zadanie było nie dla mnie ale w konspiracji odrobiłem je, nie dla siebie. Opowiadanie się zakonspirowało i czekało na moment. Moment nie nadszedł, więc zdejmuję klauzulę poufności i publikuję. A co! Niech mam! Może komuś się spodoba, może jakieś dziecię zapyta ... i co dalej z tymi Gżdaczami ? Mama odpowie mu - nie wiem... Mama jedna z drugą do mnie napiszą z prośba o kontynuację, a ja będę miał motywację do pisania. A jak nie - to nie.
Jestem przekonany że o Gżdaczach już ktoś pisał. Jeśli sąsiedzie i sąsiadko macie pomysł na inną nazwę dla tego rzadko spotykanego stworzenia - piszcie. Pozdrawiam z za szafy.






„Jak wyginęły Gżdacze”

Jak wyginęły Gżdacze? Od tak po cichutku w swoim koncie nie wadząc nikomu i nie robiąc z tego większej afery. Wyginęły tak jak przez cały czas żyły – po kryjomu. I jeśli, ktoś z boku na to patrząc powiedziałby, mała strata, znaczyło by to ni mniej ni więcej tyle, że nie znał całej prawdy o gżdaczach, ba! Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nic o nich nie wiedział – a szkoda. Jeszcze wczoraj Różowa razem z Orzechowym przechadzała się w promieniach porannego słońca zbierając resztki  nitek z podłogi, pozostałych po wczorajszych przeróbkach krawieckich. Swoją drogą musze powiedzieć, że mama jest mistrzynią w takich naglących sprawach, rach ciach i przydługa kiecka zamieniła się w piękną tunikę którą Zuzia ubrała dzisiaj na uroczyste zakończenie roku szkolnego. Wracając do Różowej i Orzechowego, co ja chciałem powiedzieć? Ach już wiem! Otóż  przechadzali się Oni w tych promieniach i nagle usłyszeli jak Mama wyprawia Zuzie do szkoły, dając jej ostatnie wskazówki, żeby soczków nie piła bo z konserwantami, żeby z obcymi nie rozmawiała bo to strach co w tych czasach się dzieje no i żeby się z koleżankami pożegnała jak należy i wzięła adresy od nich, na wypadek życzeń. I właśnie to ostatnie Różową i Orzechowego zaniepokoiło. Bo po co te adresy skoro, Rozalka, Kaśka i Ewka mieszkają w klatce obok? Różowa i Orzechowy zaraz pobiegli aby całą sprawę przedstawić starszyźnie. Rubinowy przywitał ich jakby od dawna spodziewał się tej wizyty. Złociutka zrób nam proszę po szklaneczce kakao, coby nam w gardłach nie pozasychało, czeka nas chyba dłuższa rozmowa. Ech gapa ze mnie nie przedstawiłem się wam jeszcze, jestem Fru, wiem, wiem spodziewaliście się innego imienia, takiego kolorowego. Otóż Gżdacze w moim wieku nie mają jeszcze takich konkretnych imion, na nie trzeba sobie zasłużyć. Na mnie wołają Fru zresztą jak na każdego młodego Gżdacza. Zazwyczaj jest to problem bo na jedno FRU! Zlatuje się cała banda młodych gżdaczy. Całe szczęście u nas tego problemu nie ma, przynajmniej od czasu kiedy to Różowa i Orzechowy zdobyli swoje imiona. Teraz tylko na mnie wołają Fru. To znaczy zazwyczaj jest to Fru wynoś się, Fru zostaw to mleko! Fru przestań zwisać głową w dół! Fru nie szczyp Zuzi! I tym podobne ale już przyzwyczaiłem się do tego że nikt nie rozumie moich misji. Niestety nie mogę wam powiedzieć jak wyglądam bo wtedy bardzo szybko mógłbym zostać zdemaskowany. Mogę wam tylko powiedzieć że jestem nie większy od pudełka zapałek i że nasze imiona nie są bez znaczenia. Ech! dosyć o mnie. Wróćmy do Rubinowego i jego złych przeczuć. Kiedy Różowa i Orzechowy zasiedli wygodnie każde ze szklanką świeżego kakao, Rubinowy zaczął snuć swoje przypuszczenia. Tak, tak Fru – dziadek zawsze mówił do nas Fru usprawiedliwiał się tym, że dla niego zawsze będziemy dziećmi, jednak prawda jest taka, że tak było mu wygodniej – Tak, tak, ja też zauważyłem że dzieje się coś niedobrego, tak, tak a niewątpliwie bardzo dziwnego, tak, tak, Fru. Mama od pewnego Czasu dziwnie się zachowuje, już powinna się zabierać za robienie dżemów truskawkowych a ona nawet nie kupiła truskawek. A talerze i szklanki zamiast chować do szafki chowa do tekturowych pudełek... tak, tak Fru to niezwykle zastanawiające, tak, tak. Różowa i Orzechowy byli ostatnio tak zajęci obnoszeniem się swoimi nowymi imionami, że nawet tego nie zauważyli i teraz było im trochę wstyd, ale ciekawość wzięła górę i dalej ruszyli na dziadka zasypując go pytaniami o konsekwencje jakie mogą nieść za sobą dziwne zachowania mamy. Dziadek tylko się zadumał i przez chwilę nic nie mówił. Widać było że zatopił się we wspomnieniach i gdyby nie te lekko zaciśnięte usta można by było powiedzieć że to dobre wspomnienia. Dziadek był jeszcze przez chwile myślami gdzieś tam poczym, klepnął się energicznie obiema rękami w kolana mówiąc „dosyć tego” i zaczął mówić a mówił pięknie o swojej przeszłości o tym jak zdobył swoje imię, mówił swoich przyjaciołach a zwłaszcza o jednej młodej Fru, która bardzo zapadła mu w pamięć. Opowiadał o swoich odkrywczych wyprawach pełnych niebezpiecznych przygód. Oni zaś siedzieli i słuchali z otwartymi buziami – śmiesznie wyglądali ale musze się przyznać że ja też miałem  otwartą buzie kiedy tak siedziałem podsłuchując, wciśnięty między fotel a stolik szachowy – opowieść dziadka tak nas oczarowała że zupełnie nie zwróciliśmy uwagi na to, że my nie znamy tych miejsc o których opowiadał dziadek. Od zawsze jesteśmy tutaj i nigdzie dalej poza przedpokój nie wychodziliśmy a i tak była to nie lada wyprawa. Całe szczęście, że dziadek sam wpadł na to żeby nam wytłumaczyć tą dziwną nieprawidłowość.  Nie wiem czy mogę wam przytoczyć to co w dalszych słowach powiedział dziadek, było to bowiem przyczyną niebywałej paniki wśród mieszkańców naszego małego zakredęsia. Panika była niebywała ale krótka ponieważ wydarzenia które nastąpiły po opowieści dziadka nastąpiły jak przewracające się domino – w które uwielbiam grać długimi zimowymi wieczorami, ale nie o tym – Dziadek zdradził nam że nie zawsze mieszkał na naszym zakredęsiu i prawdę mówiąc, przez pierwszych parę miesięcy nie mógł pogodzić się z tym, że musiał tu zamieszkać. Było to związane z tą młodą Fru o której już wcześniej wspominał, ale o tym nie chciał więcej mówić. Powiedział nam za to jak to się stało, że nagle zmienił miejsce zamieszkania. Oczywiście tak jak przypuszczacie nie miał na to najmniejszego wpływu. Powiedział, że opiekunka jego poprzedniego domu (którą nazywali Stryjenką) w pewnym momencie zaczęła się dziwnie zachowywać tak jak  teraz Mama i po kilku dniach zaczęła chować do tekturowych pudełek nie tylko talerze i szklanki ale wszystko. Ubrania, kolekcje motyli, dwa srebrne świeczniki, i mnóstwo innych rzeczy, których wcześniej nie chowała do tekturowych kartonów. A kiedy już wszystkie rzeczy pochowała, to przyjechało takich dwóch panów jeden miał na imię Panie Majster a drugi Łachudro i zaczęli wynosić wszystkie pozostałe przedmioty, dębowy stół, mówiące pudełko, wszystko, wszystko wynieśli. Wynieśli też Szafę w której znajdowało się dziadka Międzyszafie. Dziadek już nie pamięta co się stało ze Stryjenką. Opowiedział tylko że jak już wynieśli ich szafę a razem z nią całą jego rodzinę, to wsadzili ich do takiego wielkiego ciemnego pudła w którym bardzo trzęsło i było głośno a potem jak ich wyciągnęli to on był już w międzyszafiu sam. Reszta poznikała, znikła też ta młoda Fru o której mówił z takim rozmarzeniem. Długo ich szukał aż wypatrzył całą grupę tutaj gdzie się obecnie znajdujemy czyli na zakredensiu. I to cała opowieść i przyczyna paniki o której wcześniej wspomniałem. Bo zaraz wszyscy zaczęli podawać sobie tą historie i lamentować Wyginiemy! Wyginiemy! Tylko dziadek zachował spokój i mruczał pod nosem, jak powyginają to ich poznajduje, wielka mi rzecz. Następnego dnia przyjechało dwóch panów o imionach Paniewładku i Gienek. Zapakowali kredens a z nim całą naszą gżdaczą rodzinę do ciemnego blaszanego pudła w którym było ciemno i trzęsło, i wypakowali w innym miejscu. Mama była, Zuzia była, był Ojciec, były ... zaraz co tutaj robi Ojciec przecież nie było go od wielu lat. A Zuzia dlaczego płacze? Oj kroi się jakieś grubsze dochodzenie – może zasłużę sobie na imię – tak to moja nowa misja – ściśle tajna. Acha jeszcze dziadek.  Dziadek wychodząc z zakredensia otrzepując pył z nogawek swoją wiśniową laską. Powiedział tylko tyle: Wiginełem raz i nic się nie stało to i drugi raz mogę wyginąć, wielka mi rzecz.

A.Sojka
Opowiadanie dedykowane jednemu dziecięciu z Alpejskie wioski. 


Zapraszam do komentowania.



środa, 20 marca 2013

16 stopni C

Krótko.
Mamy wiosnę!
Cieszę się jak cholera, bo dzisiejsze okoliczności przyrody dosłownie o tym krzyczą...
Mamy tutaj sąsiedzie 16 stopni i piękne bezchmurne niebo.
Słońce wydaje się próbuje nadrobić zimowe zaległości i aż trudno usiedzieć w domu.
Bałkańskie blokowisko potrafi być piękne ...




Zapraszam do Bułgarii :)

wtorek, 19 marca 2013

W Bułgarskim Wąchocku

PERNIK to miasto położone 20 km od Sofii (taka Warszawa tylko że Bułgarska). Miasto całkiem spore, w czasach swojej świetności również bogate. Jak to miasta górnicze. Gospodarkę szlag trafił i teraz Pernik to industrialne straszydło - jak nasz Górny Śląsk (bez urazy). Do tego wszystkiego, miasto to, jest doskonałym tematem do żartów. W każdym kraju, naród wybiera sobie miasto, z którego prze kolejne wieki będzie kpić. W Bułgarii jest to Pernik - tak jak w Polsce Wąchock. Istnieje niezliczona ilość dowcipów, żartów, anegdot, kpin i docinek które dotyczą tego miejsca. Oczywiście gdzieś głęboko czai się prawda, ale jest to prawda o tyle o ile Pernik to miasto i mieszkają tu ludzie płci obojga.
Pernik ma też inną twarz. Jej oblicze ujawnia się po 22:00 (albo po 17:00 w zimie bo szybciej się robi ciemno). Pernik to miasto mafii, szybkich samochodów i nielegalnych źródeł rozkoszy. Ponoć, lepiej po zmierzchu nie wychylać łba za drzwi. Mafia, jak mafia jest wszędzie, szybkie samochody może i są ale po tych dziurawych drogach to raczej nie poszaleją, są więc szybkie z wyglądu. A rozkosz ... legalna , czy nielegalna pod każdą postacią dystrybuowana jest wszędzie. Moje orientalne miejsce zamieszkania jakim jest bałkańskie blokowisko niczym nie różni się od osiedla Pomorskiego w Zielonej Górze, chociaż... do sklepu mam bliżej, więc jest git. 




WIOSNA

Przepowiadaja Bułgarscy Indianie że wiosna ruszy tu z kopyta, tym bardziej mi żal, że na czas jakiś wybywam do Polski, a pogoda w Polsce jaka jest - ten wie każdy kto ma FB. 
Ku pokrzepieniu zmarzniętych dzielę się moim zachwytem. Oto on:
FIGI w Bułgarii są mega tanie i bezkarnie mogę się nimi opychać. W sezonie oczywiście. Kosztują 2 Lv za kilo (~4PLN) ...poezja. 




Podaje przepis na sałatkę z Fig a`la Vashka

1. Zakupić Fig ile wlezie
2. umyć
3. zjeść samemu w ukryciu, a jak ma się już dość to podzielić się z resztą domowników.

Jak widzicie - minimalny czas przygotowania i prostota wykonania gwarantują sukces - ZAWSZE!

Polecam również Figowe wino oraz Rakiję. Nie tak łatwo znaleźć te napitki, ale warto.

Nazdrave!

czwartek, 14 marca 2013

Przez łeb

UWAGA będę uogólniał!
Będę subiektywny!
Trudno nie uogólniać pisząc o problemie społecznym. Dla mnie to "problem" więc subiektywnie dzisiaj.
O czym?
O patriarchacie.
Słyszałem przy okazji luźnej rozmowy takie powiedzenie: " O już 12:00, u nas we wsi to już trzeci  raz chłopi baby biją"  (gromki śmiech kompanii)...

Wiem co to patriarchat, doświadczyłem go, widziałem, słyszałem. Byłem świadkiem przemian w społeczeństwie i według mnie zjawisko to w Polsce złagodniało. Tutaj zdecydowanie nie. Oczywiście inne zachowanie widzi się w większych miastach, inne w małych.
Pierwsza rzecz jaka mnie zdziwiła, to kolejność podawania do stołu. Najpierw mężczyźni, potem kobiety. Zaczynając od "głowy" rodziny, czyli najstarszego w rodzinie. I teraz jak reagować, z jednej strony, szanuję zwyczaj i jest coś mistycznego w obrazku syna całującego rękę ojca. Z drugiej zaś zepchnięcie kobiety  na margines, gdzie ma sprzątać, gotować i zawsze będzie ostatnia... Dobrze że nie mieszkam w kraju arabskim.
Kobiety tutaj, niczym się nie różnią (w kwestiach społecznych) od kobiet w Polsce. Wydają się jednak dziwnie pogodzone ze statusem jaki narzuca im kultura.
Bułgarzy, (mężczyźni) z trudem przyjmują rady od kobiet, z reguły stawiają się wyżej. Znam jednak kobiety, które odnoszą sukcesy zawodowe i świetnie sobie radzą w tym męskim świecie. Więc skąd do cholery to przeświadczenie, że kobieta w Bułgarii nie ma lekko.
Ależ ciężko mi się pisze ten tekst. Aby nikogo nie urazić, aby nie feministycznie, że seksizm... o Zeusie!
Kobiety w Bułgarii maja przejebane! Pracują, gotują, wychowują, prasują, chronią, troszczą się, dostają łupnia i mają cicho siedzieć. Jak w Polsce.




Nie mogę znaleźć odpowiedniej marki majonezu, to naprawdę uciążliwe, nie móc zjeść kanapki z dobrym majonezem. Wszystkie jakieś takie kwaśne, blee...

środa, 13 marca 2013

1006



Wczoraj, zainspirowany rosnącą liczba odwiedzin, postanowiłem, że jak na liczniku stuknie 1000 odwiedzin mojego bloga, to utworzę mu zasłużoną stronę na FB. Tak sie też stało, obecnie jest 1006. Dziękuję mamo i tato za podbijanie statystyki ;) Nie trzeba być biegłym obserwatorem, aby zauważyć, że te 1006 wyświetleń to suma z kilku lat - mam nadzieję, że liczba ta będzie rosła. Jeśli Was drodzy sąsiedzi interesują moje opinię, to zapraszam do lektury. Dzisiaj tyle. Dziękuję.

Wczorajsza kolacja była katastrofą - Banica przypalona/niedopieczona, placki ziemniaczane, lepiej nie mówić. ###umrzyj kuchenko zanussi na drogi prąd ###



wtorek, 12 marca 2013

Bułgarska Kuchnia - Sery

Polak w Bułgarii może i zazwyczaj jest przemiło zaskoczony tym co może zjeść. Bardzo burzliwa historia tego kraju pozostawiła po sobie ogromny mix kultur przejawiający się między innymi w przepisach kulinarnych. Spotykam się więc na co dzień z przepisami  potraw Greckich czy Tureckich które są już w pełni Bułgarskie. Nieodzownym elementem codziennej diety są sery. Daję 95 % gwarancję, na to że którąkolwiek Bułgarską lodówkę być sąsiedzie nie otworzył - będzie tam biały ser (sirene) oraz żółty (kaszkawal).

Sirene - ser biały, coś w rodzaju naszego twarogu w krzyżówce z grecką Fetą (opinia subiektywna - moja). Może być z mleka owczego, choć częściej spotykam wyroby z mleka krowiego. 
W konsystencji jest twardy , ale kruchy. Zazwyczaj słony, choć są też odmiany nie solone, jednak dużo rzadziej. Jest tak popularny że dostaniemy go w każdym najmniejszym sklepie spożywczym, przeważnie sprzedawany jest na kilogramy. Ta popularność gwarantuje jedno - zawsze jest świeży! 
Jest składnikiem ogromnej ilości potraw, wszystkich nie sposób wyliczyć. Przy pierwszej wizycie w Bułgarii, spotkasz go sąsiedzie w Szopskiej Sałatce, Banicy i tutaj ciekawostka - we frytkach. Frytki zamawia się w porcjach 1/2 albo 1 kg i można sobie zażyczyć posypania biały serem. O pozostałych dwóch pozycjach opowiem przy innej okazji. 



Kaszkawal - ser żółty. Jako miłośnik serów wszelakich byłem i jestem zachwycony ilością spożywanego tutaj sera żółtego, choć nie od początku tak było. Ser żółty który jest tutaj dostępny nie dokońca jest tym co znamy z naszych sklepowych półek. Kaszkawal jest w prawdzie serem z mleka krowiego, ale prawie zawsze jest miękki, bardzo delikatny w smaku, wręcz neutralny. łącząc go z innymi składnikami jego smak łatwo się gubi. Ja lubię sery wyraźne, takiego tu jeszcze nie znalazłem (jeśli chodzi o kaszkawal) W związku z popularnością tego wyrobu, inne sery są trudniej dostępne i niestety drogie. Po dobrej jakości sery pleśniowe trzeba się wyprawić do większych marketów. Gdzie można się natknąć na kaszkawal ? Jak masz małego "głoda" do zaspokojenia to polecam "Princeskę" sprzedawaną jako Fastfood kromke przenicznego chleba zapiekaną z wspomnianym żółtym serem oraz dodatkami typu salami, lukanka (rodzaj podsuszanej kiełbasy), salami lub szynką - w wersji wege - z pieczarkami. Smaczne i szybkie .

Temat Bułgarskich smakołyków będę rozwijał, jest o czym pisać. Przy odrobinie pomysłu można sobie sprawić niezwykłą bałkańską ucztę korzystając z Polskich składników. 

Dzisiaj na obiad banica i placki ziemniaczane :)


niedziela, 10 marca 2013

Latam

Polak z Bułgarii czasami lubi udać się na święta do Polski. Wszystko było by w porządku, gdyby nie fakt, że  podróż taka (bilet tam i z ) to koszt tak duży, że w tej cenie dwie osoby mogą całkiem nieźle zabalować.

Opcje:


  1. Autobus - jest kilka firm które oferują przejazd na trasie Sofia - Warszawa w dwie strony już za 130 euro! Na przykład firma GROUP COMPANY - z jej usług korzystałem na trasie Bratysława - Sofia. Firma w cenie biletu gwarantuję - siedzenie, gburowatych kierowców, wątpliwej czystości wnętrze. Przerwy co ~ 2 godziny (autokar nie posiada toalety). Kierowcy lubią prowadzić interesy na granicach, więc przerwy są dostosowane do wielkości opóźnienia jakie generują. TO wszystko w tej jakże niskiej cenie. Z całego serca - nie polecam!
    Na tej trasie jeździ też: Ecolines, Sindbad, Interbus - ceny podobne, warunki ??? Nadal jest to 30 h.
  2. Samolot - tutaj opcji jest kilka. Polskie linie lotnicze proponują codzienny rejs do Warszawy za 930 zł w dwie strony. W cenie obiado - przekąska i wafelek. Fajnie gdyby nie 930 zł !!! Dostałem cynk, że nie długo ma ruszyć promocja i w środy będzie taniej.
    Tanie linie raczej nie latają po za sezonem letnim więc ... lipa, ale... znalazłem lot liniami Air Berlin za 620 zł w dwie strony, co po przekalkulowaniu czasu, potu i łez jest ofertą póki co najlepszą. Plus dla Air Berlin za nie zdzieranie za bagaż nadawany. Lot w prawdzie jest do Berlina ale do domowego świętowania bliżej mi stamtąd niż z Warszawy.
  3. Pociąg - pani na dworcu głównym w Sofii w kasie między narodowej, powiedziała - dziecko, taniej Cię wyjdzie samolotem. Na marginesie historie z Dworca Centralnego w Sofii to materiał na nie jeden film.
  4. Samochód - nie posiadam, to znaczy posiadam, ale wpadł do Słowackiej czarnej dziury ośmielającej nazywać się "Serwisem samochodowym" - historia na osobny tekst.
Jestem pewien, że istnieje jakiś inny, praktyczny, tani sposób na przemieszczenie się z Bułgarii do Polski. Nie pragnę luksusu, pragnę prostoty, dostępności i przystępnej ceny. Ktoś coś wie ?
Niestety póki co Bułgaria do Polaków to "Złote Piaski" i "Słoneczny Brzeg" więc sezon letni obfituje w wielość połączeń autobusowych, ofert tanich linii lotniczych i czarterów dowożących Polskiego turystę, na zasłużone wakacje. 
Na marginesie - paskudne są te "kurorty"


sobota, 9 marca 2013

Łosoś z Ustki

Odbyłem dziś najzwyczajniejszy w świecie spacer po produkty na kolacje. Operacja dość prosta, buty, 8 pięter w dół , pięć minut drogi do sklepu, tyle samo w druga stronę 8 pięter do góry. Gotowe. Moje spostrzeżenie z tej krótkiej wycieczki jest takie. W Bułgarii jest od cholery dzikich psów. Nie żeby od czasu do czasu gdzieś się pojawiła mała zbłąkana psina. Nie. Tutaj po osiedlach, skwerach, centrach miast biegają całe watahy  Wyjadają resztki ze śmietników, polują na małe gryzonie, kopulują, rozmnażają się, koegzystują z ludźmi. Bywają agresywne, ponoć. Nigdy nie widziałem, nie słyszałem również aby ktokolwiek się tym "problemem zajmował". Polscy użytkownicy FB klikają w "lubię to" z głębokim przeświadczeniem, że w ten sposób pomagają burkom w schroniskach. Nasi wschodni sąsiedzi inwestują w mobilne krematoria. Sposoby są rożne i pozostawiam je sumieniom zainteresowanych. Można też zbudować psu budę na parkingu. Dać mu wodę i szamę, burkowi będzie lepiej.


Nadal nie znalazłem grochu, ale upolowałem dwie ciekawostki. Polak w Bułgarii może poczuć się jak w domu przypominając sobie jak smakuje łosoś z Ustki.


Albo podarować prezent w papierowej torbie z folkowym motywem (Kurpie?)



Na kolację spaghetti ... z tuńczykiem.



czwartek, 7 marca 2013

Halo! sąsiedzie!

Nie  było mnie tu bardzo dawno - w sensie, na blogu moim. Nie wiem też dokładnie dlaczego się tutaj ponownie zabłąkałem. Jest tyle rzeczy o których chciałbym napisać, tylko nie wiem komu. Dużo blogów czytam ostatnio tych najbardziej popularnych -bo mniej popularnych nie znam, nie dotarłem. Czytam Te blogi, choć autorów nie znam, a historie opowiadają zwykle, takie ludzkie, takie jak słyszy się od sąsiada przez płot. Wynika z tego, że blog, to w gruncie rzeczy taki monolog wygłoszony przez sąsiada, który jest sąsiadem tylko dlatego, że "nasze" graniczy z "Jego". Będę z Wami graniczył prze internet, bo tak łatwiej. Chyba, że ktoś chce graniczyć ze mną przez płot. To zapraszam. Mieszkam w Bułgarii, mieście Pernik.
O tym będę głosił monologi, oto pierwszy:

PROTESTUJĄ!

Bułgarzy wyszli na ulicę i od miesiąca protestują, że prąd drogi, że rząd to mafia i kradnie. Ogólnie rzecz ujmując cały protest można by zobrazować jednym z moich ulubionych rysunków Raczkowskiego

Ponad 20% obywateli Bułgarii żyje na granicy ubóstwa i widać to na ulicy. Nasze Polskie zaniedbane miasta, w porównaniu ze zwykłym Pernickim osiedlem, to schludna okolica, prosząca się o niedzielny spacerek. W budżecie brak pieniędzy na ... wszystko. Więc nie dziwię się że zaczęły się protesty a że niezadowolenie społeczne jest dość duże to i reakcje proporcjonalne. W Warnie na przykład w ramach protestu podpalił się człowiek - fotograf, zmarł kilka dni temu. Można by powiedzieć, że każda rewolucja ma swoje ofiary, ale jak bardzo trzeba być zdesperowanym, aby jedynym środkiem wyrazu była śmierć przez samospalenie ? Myślałem, że takie rzeczy tylko w filmach, teatrze, ale nie. to się dzieje. I siedzę sobie, niby mnie to nie dotyczy, bo jestem Polakiem, bo żyję tutaj na własne życzenie. Ale jednak, kurwa mać.



W okolicznych sklepach nie udało mi się dostać suszonego grochu, grochówkę zmieniłem na fasolową, fasoli i soczewicy jest wszędzie pod dostatkiem. Nadal będę szukał grochu.