Strony

sobota, 23 marca 2013

Dla najmłodszych...

Lat temu nie pamiętam ile, Pan Ochocki dał zadanie. Napiszcie opowiadanie pod tytułem "Jak wyginęły Gżdacze" Zadanie było nie dla mnie ale w konspiracji odrobiłem je, nie dla siebie. Opowiadanie się zakonspirowało i czekało na moment. Moment nie nadszedł, więc zdejmuję klauzulę poufności i publikuję. A co! Niech mam! Może komuś się spodoba, może jakieś dziecię zapyta ... i co dalej z tymi Gżdaczami ? Mama odpowie mu - nie wiem... Mama jedna z drugą do mnie napiszą z prośba o kontynuację, a ja będę miał motywację do pisania. A jak nie - to nie.
Jestem przekonany że o Gżdaczach już ktoś pisał. Jeśli sąsiedzie i sąsiadko macie pomysł na inną nazwę dla tego rzadko spotykanego stworzenia - piszcie. Pozdrawiam z za szafy.






„Jak wyginęły Gżdacze”

Jak wyginęły Gżdacze? Od tak po cichutku w swoim koncie nie wadząc nikomu i nie robiąc z tego większej afery. Wyginęły tak jak przez cały czas żyły – po kryjomu. I jeśli, ktoś z boku na to patrząc powiedziałby, mała strata, znaczyło by to ni mniej ni więcej tyle, że nie znał całej prawdy o gżdaczach, ba! Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nic o nich nie wiedział – a szkoda. Jeszcze wczoraj Różowa razem z Orzechowym przechadzała się w promieniach porannego słońca zbierając resztki  nitek z podłogi, pozostałych po wczorajszych przeróbkach krawieckich. Swoją drogą musze powiedzieć, że mama jest mistrzynią w takich naglących sprawach, rach ciach i przydługa kiecka zamieniła się w piękną tunikę którą Zuzia ubrała dzisiaj na uroczyste zakończenie roku szkolnego. Wracając do Różowej i Orzechowego, co ja chciałem powiedzieć? Ach już wiem! Otóż  przechadzali się Oni w tych promieniach i nagle usłyszeli jak Mama wyprawia Zuzie do szkoły, dając jej ostatnie wskazówki, żeby soczków nie piła bo z konserwantami, żeby z obcymi nie rozmawiała bo to strach co w tych czasach się dzieje no i żeby się z koleżankami pożegnała jak należy i wzięła adresy od nich, na wypadek życzeń. I właśnie to ostatnie Różową i Orzechowego zaniepokoiło. Bo po co te adresy skoro, Rozalka, Kaśka i Ewka mieszkają w klatce obok? Różowa i Orzechowy zaraz pobiegli aby całą sprawę przedstawić starszyźnie. Rubinowy przywitał ich jakby od dawna spodziewał się tej wizyty. Złociutka zrób nam proszę po szklaneczce kakao, coby nam w gardłach nie pozasychało, czeka nas chyba dłuższa rozmowa. Ech gapa ze mnie nie przedstawiłem się wam jeszcze, jestem Fru, wiem, wiem spodziewaliście się innego imienia, takiego kolorowego. Otóż Gżdacze w moim wieku nie mają jeszcze takich konkretnych imion, na nie trzeba sobie zasłużyć. Na mnie wołają Fru zresztą jak na każdego młodego Gżdacza. Zazwyczaj jest to problem bo na jedno FRU! Zlatuje się cała banda młodych gżdaczy. Całe szczęście u nas tego problemu nie ma, przynajmniej od czasu kiedy to Różowa i Orzechowy zdobyli swoje imiona. Teraz tylko na mnie wołają Fru. To znaczy zazwyczaj jest to Fru wynoś się, Fru zostaw to mleko! Fru przestań zwisać głową w dół! Fru nie szczyp Zuzi! I tym podobne ale już przyzwyczaiłem się do tego że nikt nie rozumie moich misji. Niestety nie mogę wam powiedzieć jak wyglądam bo wtedy bardzo szybko mógłbym zostać zdemaskowany. Mogę wam tylko powiedzieć że jestem nie większy od pudełka zapałek i że nasze imiona nie są bez znaczenia. Ech! dosyć o mnie. Wróćmy do Rubinowego i jego złych przeczuć. Kiedy Różowa i Orzechowy zasiedli wygodnie każde ze szklanką świeżego kakao, Rubinowy zaczął snuć swoje przypuszczenia. Tak, tak Fru – dziadek zawsze mówił do nas Fru usprawiedliwiał się tym, że dla niego zawsze będziemy dziećmi, jednak prawda jest taka, że tak było mu wygodniej – Tak, tak, ja też zauważyłem że dzieje się coś niedobrego, tak, tak a niewątpliwie bardzo dziwnego, tak, tak, Fru. Mama od pewnego Czasu dziwnie się zachowuje, już powinna się zabierać za robienie dżemów truskawkowych a ona nawet nie kupiła truskawek. A talerze i szklanki zamiast chować do szafki chowa do tekturowych pudełek... tak, tak Fru to niezwykle zastanawiające, tak, tak. Różowa i Orzechowy byli ostatnio tak zajęci obnoszeniem się swoimi nowymi imionami, że nawet tego nie zauważyli i teraz było im trochę wstyd, ale ciekawość wzięła górę i dalej ruszyli na dziadka zasypując go pytaniami o konsekwencje jakie mogą nieść za sobą dziwne zachowania mamy. Dziadek tylko się zadumał i przez chwilę nic nie mówił. Widać było że zatopił się we wspomnieniach i gdyby nie te lekko zaciśnięte usta można by było powiedzieć że to dobre wspomnienia. Dziadek był jeszcze przez chwile myślami gdzieś tam poczym, klepnął się energicznie obiema rękami w kolana mówiąc „dosyć tego” i zaczął mówić a mówił pięknie o swojej przeszłości o tym jak zdobył swoje imię, mówił swoich przyjaciołach a zwłaszcza o jednej młodej Fru, która bardzo zapadła mu w pamięć. Opowiadał o swoich odkrywczych wyprawach pełnych niebezpiecznych przygód. Oni zaś siedzieli i słuchali z otwartymi buziami – śmiesznie wyglądali ale musze się przyznać że ja też miałem  otwartą buzie kiedy tak siedziałem podsłuchując, wciśnięty między fotel a stolik szachowy – opowieść dziadka tak nas oczarowała że zupełnie nie zwróciliśmy uwagi na to, że my nie znamy tych miejsc o których opowiadał dziadek. Od zawsze jesteśmy tutaj i nigdzie dalej poza przedpokój nie wychodziliśmy a i tak była to nie lada wyprawa. Całe szczęście, że dziadek sam wpadł na to żeby nam wytłumaczyć tą dziwną nieprawidłowość.  Nie wiem czy mogę wam przytoczyć to co w dalszych słowach powiedział dziadek, było to bowiem przyczyną niebywałej paniki wśród mieszkańców naszego małego zakredęsia. Panika była niebywała ale krótka ponieważ wydarzenia które nastąpiły po opowieści dziadka nastąpiły jak przewracające się domino – w które uwielbiam grać długimi zimowymi wieczorami, ale nie o tym – Dziadek zdradził nam że nie zawsze mieszkał na naszym zakredęsiu i prawdę mówiąc, przez pierwszych parę miesięcy nie mógł pogodzić się z tym, że musiał tu zamieszkać. Było to związane z tą młodą Fru o której już wcześniej wspominał, ale o tym nie chciał więcej mówić. Powiedział nam za to jak to się stało, że nagle zmienił miejsce zamieszkania. Oczywiście tak jak przypuszczacie nie miał na to najmniejszego wpływu. Powiedział, że opiekunka jego poprzedniego domu (którą nazywali Stryjenką) w pewnym momencie zaczęła się dziwnie zachowywać tak jak  teraz Mama i po kilku dniach zaczęła chować do tekturowych pudełek nie tylko talerze i szklanki ale wszystko. Ubrania, kolekcje motyli, dwa srebrne świeczniki, i mnóstwo innych rzeczy, których wcześniej nie chowała do tekturowych kartonów. A kiedy już wszystkie rzeczy pochowała, to przyjechało takich dwóch panów jeden miał na imię Panie Majster a drugi Łachudro i zaczęli wynosić wszystkie pozostałe przedmioty, dębowy stół, mówiące pudełko, wszystko, wszystko wynieśli. Wynieśli też Szafę w której znajdowało się dziadka Międzyszafie. Dziadek już nie pamięta co się stało ze Stryjenką. Opowiedział tylko że jak już wynieśli ich szafę a razem z nią całą jego rodzinę, to wsadzili ich do takiego wielkiego ciemnego pudła w którym bardzo trzęsło i było głośno a potem jak ich wyciągnęli to on był już w międzyszafiu sam. Reszta poznikała, znikła też ta młoda Fru o której mówił z takim rozmarzeniem. Długo ich szukał aż wypatrzył całą grupę tutaj gdzie się obecnie znajdujemy czyli na zakredensiu. I to cała opowieść i przyczyna paniki o której wcześniej wspomniałem. Bo zaraz wszyscy zaczęli podawać sobie tą historie i lamentować Wyginiemy! Wyginiemy! Tylko dziadek zachował spokój i mruczał pod nosem, jak powyginają to ich poznajduje, wielka mi rzecz. Następnego dnia przyjechało dwóch panów o imionach Paniewładku i Gienek. Zapakowali kredens a z nim całą naszą gżdaczą rodzinę do ciemnego blaszanego pudła w którym było ciemno i trzęsło, i wypakowali w innym miejscu. Mama była, Zuzia była, był Ojciec, były ... zaraz co tutaj robi Ojciec przecież nie było go od wielu lat. A Zuzia dlaczego płacze? Oj kroi się jakieś grubsze dochodzenie – może zasłużę sobie na imię – tak to moja nowa misja – ściśle tajna. Acha jeszcze dziadek.  Dziadek wychodząc z zakredensia otrzepując pył z nogawek swoją wiśniową laską. Powiedział tylko tyle: Wiginełem raz i nic się nie stało to i drugi raz mogę wyginąć, wielka mi rzecz.

A.Sojka
Opowiadanie dedykowane jednemu dziecięciu z Alpejskie wioski. 


Zapraszam do komentowania.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz