Jestem przekonany że o Gżdaczach już ktoś pisał. Jeśli sąsiedzie i sąsiadko macie pomysł na inną nazwę dla tego rzadko spotykanego stworzenia - piszcie. Pozdrawiam z za szafy.
„Jak wyginęły Gżdacze”
Jak wyginęły Gżdacze? Od tak po cichutku w swoim
koncie nie wadząc nikomu i nie robiąc z tego większej afery. Wyginęły tak jak
przez cały czas żyły – po kryjomu. I jeśli, ktoś z boku na to patrząc
powiedziałby, mała strata, znaczyło by to ni mniej ni więcej tyle, że nie znał
całej prawdy o gżdaczach, ba! Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nic o nich nie
wiedział – a szkoda. Jeszcze wczoraj Różowa razem z Orzechowym przechadzała się
w promieniach porannego słońca zbierając resztki nitek z podłogi, pozostałych po wczorajszych
przeróbkach krawieckich. Swoją drogą musze powiedzieć, że mama jest mistrzynią
w takich naglących sprawach, rach ciach i przydługa kiecka zamieniła się w
piękną tunikę którą Zuzia ubrała dzisiaj na uroczyste zakończenie roku
szkolnego. Wracając do Różowej i Orzechowego, co ja chciałem powiedzieć? Ach
już wiem! Otóż przechadzali się Oni w
tych promieniach i nagle usłyszeli jak Mama wyprawia Zuzie do szkoły, dając jej
ostatnie wskazówki, żeby soczków nie piła bo z konserwantami, żeby z obcymi nie
rozmawiała bo to strach co w tych czasach się dzieje no i żeby się z
koleżankami pożegnała jak należy i wzięła adresy od nich, na wypadek życzeń. I
właśnie to ostatnie Różową i Orzechowego zaniepokoiło. Bo po co te adresy skoro,
Rozalka, Kaśka i Ewka mieszkają w klatce obok? Różowa i Orzechowy zaraz
pobiegli aby całą sprawę przedstawić starszyźnie. Rubinowy przywitał ich jakby
od dawna spodziewał się tej wizyty. Złociutka zrób nam proszę po szklaneczce
kakao, coby nam w gardłach nie pozasychało, czeka nas chyba dłuższa rozmowa.
Ech gapa ze mnie nie przedstawiłem się wam jeszcze, jestem Fru, wiem, wiem
spodziewaliście się innego imienia, takiego kolorowego. Otóż Gżdacze w moim
wieku nie mają jeszcze takich konkretnych imion, na nie trzeba sobie zasłużyć.
Na mnie wołają Fru zresztą jak na każdego młodego Gżdacza. Zazwyczaj jest to
problem bo na jedno FRU! Zlatuje się cała banda młodych gżdaczy. Całe szczęście
u nas tego problemu nie ma, przynajmniej od czasu kiedy to Różowa i Orzechowy
zdobyli swoje imiona. Teraz tylko na mnie wołają Fru. To znaczy zazwyczaj jest
to Fru wynoś się, Fru zostaw to mleko! Fru przestań zwisać głową w dół! Fru nie
szczyp Zuzi! I tym podobne ale już przyzwyczaiłem się do tego że nikt nie
rozumie moich misji. Niestety nie mogę wam powiedzieć jak wyglądam bo wtedy
bardzo szybko mógłbym zostać zdemaskowany. Mogę wam tylko powiedzieć że jestem
nie większy od pudełka zapałek i że nasze imiona nie są bez znaczenia. Ech!
dosyć o mnie. Wróćmy do Rubinowego i jego złych przeczuć. Kiedy Różowa i
Orzechowy zasiedli wygodnie każde ze szklanką świeżego kakao, Rubinowy zaczął
snuć swoje przypuszczenia. Tak, tak Fru – dziadek zawsze mówił do nas Fru
usprawiedliwiał się tym, że dla niego zawsze będziemy dziećmi, jednak prawda
jest taka, że tak było mu wygodniej – Tak, tak, ja też zauważyłem że dzieje się
coś niedobrego, tak, tak a niewątpliwie bardzo dziwnego, tak, tak, Fru. Mama od
pewnego Czasu dziwnie się zachowuje, już powinna się zabierać za robienie
dżemów truskawkowych a ona nawet nie kupiła truskawek. A talerze i szklanki
zamiast chować do szafki chowa do tekturowych pudełek... tak, tak Fru to
niezwykle zastanawiające, tak, tak. Różowa i Orzechowy byli ostatnio tak zajęci
obnoszeniem się swoimi nowymi imionami, że nawet tego nie zauważyli i teraz
było im trochę wstyd, ale ciekawość wzięła górę i dalej ruszyli na dziadka
zasypując go pytaniami o konsekwencje jakie mogą nieść za sobą dziwne
zachowania mamy. Dziadek tylko się zadumał i przez chwilę nic nie mówił. Widać
było że zatopił się we wspomnieniach i gdyby nie te lekko zaciśnięte usta można
by było powiedzieć że to dobre wspomnienia. Dziadek był jeszcze przez chwile
myślami gdzieś tam poczym, klepnął się energicznie obiema rękami w kolana
mówiąc „dosyć tego” i zaczął mówić a mówił pięknie o swojej przeszłości o tym
jak zdobył swoje imię, mówił swoich przyjaciołach a zwłaszcza o jednej młodej
Fru, która bardzo zapadła mu w pamięć. Opowiadał o swoich odkrywczych wyprawach
pełnych niebezpiecznych przygód. Oni zaś siedzieli i słuchali z otwartymi
buziami – śmiesznie wyglądali ale musze się przyznać że ja też miałem otwartą buzie kiedy tak siedziałem
podsłuchując, wciśnięty między fotel a stolik szachowy – opowieść dziadka tak
nas oczarowała że zupełnie nie zwróciliśmy uwagi na to, że my nie znamy tych
miejsc o których opowiadał dziadek. Od zawsze jesteśmy tutaj i nigdzie dalej
poza przedpokój nie wychodziliśmy a i tak była to nie lada wyprawa. Całe
szczęście, że dziadek sam wpadł na to żeby nam wytłumaczyć tą dziwną nieprawidłowość. Nie wiem czy mogę wam przytoczyć to co w
dalszych słowach powiedział dziadek, było to bowiem przyczyną niebywałej paniki
wśród mieszkańców naszego małego zakredęsia. Panika była niebywała ale krótka
ponieważ wydarzenia które nastąpiły po opowieści dziadka nastąpiły jak
przewracające się domino – w które uwielbiam grać długimi zimowymi wieczorami,
ale nie o tym – Dziadek zdradził nam że nie zawsze mieszkał na naszym
zakredęsiu i prawdę mówiąc, przez pierwszych parę miesięcy nie mógł pogodzić
się z tym, że musiał tu zamieszkać. Było to związane z tą młodą Fru o której
już wcześniej wspominał, ale o tym nie chciał więcej mówić. Powiedział nam za
to jak to się stało, że nagle zmienił miejsce zamieszkania. Oczywiście tak jak
przypuszczacie nie miał na to najmniejszego wpływu. Powiedział, że opiekunka
jego poprzedniego domu (którą nazywali Stryjenką) w pewnym momencie zaczęła się
dziwnie zachowywać tak jak teraz Mama i
po kilku dniach zaczęła chować do tekturowych pudełek nie tylko talerze i
szklanki ale wszystko. Ubrania, kolekcje motyli, dwa srebrne świeczniki, i
mnóstwo innych rzeczy, których wcześniej nie chowała do tekturowych kartonów. A
kiedy już wszystkie rzeczy pochowała, to przyjechało takich dwóch panów jeden
miał na imię Panie Majster a drugi Łachudro i zaczęli wynosić wszystkie
pozostałe przedmioty, dębowy stół, mówiące pudełko, wszystko, wszystko
wynieśli. Wynieśli też Szafę w której znajdowało się dziadka Międzyszafie.
Dziadek już nie pamięta co się stało ze Stryjenką. Opowiedział tylko że jak już
wynieśli ich szafę a razem z nią całą jego rodzinę, to wsadzili ich do takiego
wielkiego ciemnego pudła w którym bardzo trzęsło i było głośno a potem jak ich
wyciągnęli to on był już w międzyszafiu sam. Reszta poznikała, znikła też ta
młoda Fru o której mówił z takim rozmarzeniem. Długo ich szukał aż wypatrzył
całą grupę tutaj gdzie się obecnie znajdujemy czyli na zakredensiu. I to cała
opowieść i przyczyna paniki o której wcześniej wspomniałem. Bo zaraz wszyscy
zaczęli podawać sobie tą historie i lamentować Wyginiemy! Wyginiemy! Tylko
dziadek zachował spokój i mruczał pod nosem, jak powyginają to ich poznajduje,
wielka mi rzecz. Następnego dnia przyjechało dwóch panów o imionach Paniewładku
i Gienek. Zapakowali kredens a z nim całą naszą gżdaczą rodzinę do ciemnego
blaszanego pudła w którym było ciemno i trzęsło, i wypakowali w innym miejscu.
Mama była, Zuzia była, był Ojciec, były ... zaraz co tutaj robi Ojciec przecież
nie było go od wielu lat. A Zuzia dlaczego płacze? Oj kroi się jakieś grubsze dochodzenie
– może zasłużę sobie na imię – tak to moja nowa misja – ściśle tajna. Acha
jeszcze dziadek. Dziadek wychodząc z
zakredensia otrzepując pył z nogawek swoją wiśniową laską. Powiedział tylko
tyle: Wiginełem raz i nic się nie stało to i drugi raz mogę wyginąć, wielka mi
rzecz.
A.Sojka
Opowiadanie dedykowane jednemu dziecięciu z Alpejskie wioski.
Zapraszam do komentowania.










